Przekłuwanie uszu tylko i wyłącznie, dawno odeszło w niepamięć. Kto pamięta czasy, kiedy przekłucie nosa i włożenie w niego małej, srebrnej kuleczki było marzeniem tak wielu z was? To był szczyt szaleństwa i za to szaleństwo można było zapłacić każdą cenę- zarówno w postaci pieniędzy, jak i nawet nagany od nauczycieli. Trzeba było wykazać się ogromną odwagą, by sprzeciwić się całemu społeczeństwu, włączając rodziców, nauczycieli i znajomych, by zdecydować się na przekłucie innej części ciała niż ucho. Rok po roku ta odwaga przerodziła się w nową modę, a dzisiaj ogarnęła cały świat. I co najważniejsze- nie zajmują się już tym kosmetyczki, ale wyszkoleni pod tym kątem pracownicy zakładów piercingu. Mało tego, kosmetyczki są krytykowane pod tym względem i mówi się wiele na ten temat, by uszu, ani żadnej innej części ciała nie przebijać „strzałem z pistoletu”. Jest w tym wiele prawdy. Pewne jest jednak, że dziś przekłuć można dosłownie wszystko- zaczynając od języka, warg, pępka, poprzez kark, powieki i palce, a skończywszy na miejscach intymnych. Ci, których kolekcja kolczyków na ciele jest imponująca, przyznają, że są od tego uzależnieni i piercing jest jak nałóg- możesz być niemalże pewien, że jeśli przebijesz sobie jedną część ciała, za parę tygodni wrócisz, by przebić następną. I tak w kółko. Należy jednak wiedzieć, by do przekłuwania się wybrać odpowiedni, renomowany salon! Jest to przecież zabieg, w którym w grę wchodzi igła i twoja krew i twoje ciało- to coś zupełnie innego niż farbowanie włosów czy obcinanie paznokci. Odrobina niedopatrzenia, a możesz skrzywdzić się na całe życie. Nawet przy profesjonalnym salonie możesz poczuć się zawiedziony, kiedy po kilku latach noszenia kolczyka w języku, zaczną osuwać ci się dziąsła.. Ale niektórzy twierdzą, że warto mimo to. Jeśli jest tak rzeczywiście- należy zadbać bezwzględnie o higienę przebitych miejsc, by uniknąć zakażenia skóry. Rób tak, by noszenie kolczyka było dla ciebie przyjemnością, a nie długotrwałym cierpieniem.
Archiwum ‘Moda’ Category
Kiedyś kobiety chodziły ubrane w skromne spódnice, sukienki, spodnie były tylko ostatecznością. Z czasem zdobywały serca coraz większej grupy kobiet, przechodziły wiele etapów, zanim zaczęły podobać się naprawdę i zanim zaczęły być naprawdę ładne. Począwszy od klasycznych „Levisów”, poprzez spodnie dzwony, biodrówki, rurki.. Gdzieś w tym wszystkim znalazły też miejsce szerokie spodnie, kojarzone nam wszystkim ze skejtami. Takie spodnie są chyba najrzadziej noszonym rodzajem. Dlaczego? Odpowiemy sobie na to pytanie, zakładając spodnie swoich ojców- tak wyglądałybyśmy mniej więcej w spodniach „z krokiem w kolanach”. Nie jest to jednak przeszkodą dla niektórych, na ogół młodych, dziewcząt. Te chętnie i bez skrępowania zakładają „wory”, a do tego bluzę z kapturem, odpowiednie buty i wyruszają w miasto. Bez względu na to, jak dziwnie mogą wyglądać w tego typu kombinacjach, na pewno należą im się brawa za odwagę. Nie wiadomo, dlaczego tak się ubierają- pewnie po części ze względu na chęć zwrócenia na siebie uwagę, chęć manifestowania swojego stylu muzycznego, a czasem.. odnosimy wrażenie, że jest to protest przeciwko wystylizowanym, wypucowanym kobietom, które zasypiają w makijażu i nawet na przechadzkę w góry nie mogą zdecydować się na inne obuwie niż szpilki. Spodnie z krokiem w kolanach są sposobem bycia. Noszone w odpowiednich zestawach, mogą wyglądać całkiem.. trudno znaleźć właściwe słowo. Ciężko użyć słowa „ładnie”, ale na pewno bardzo ciekawie i odmiennie. Alternatywą dla szerokich spodni, są tak zwane „alladynki”, których krok również jest bardzo nisko, ale wyglądają nieco bardziej kobieco i stylowo niż „wory”, które nieco obdzierają noszące je dziewczyny z kobiecości i ponętności. Nie trzeba jednak tego krytykować, bo noszenie ich może być po prostu zwykłą próbą poszukiwania siebie, swojego „ja” oraz własnego stylu i miejsca w społeczeństwie. Zapewne za parę lat dziewczyny w workowatych spodniach oglądając swoje zdjęcia, nie będą mogły uwierzyć, że mogły chodzić w czymś takim.
Znowu dla naszych dzieci, a może dla nas samych przyszedł czas, kiedy trzeba znów zawitać w szkolnych progach. Oprócz dylematów finansowych związanych z zakupem książek, zeszytów i przyborów szkolnych, pojawia się nowy. Może wybieramy się właśnie do nowej szkoły i chcemy zrobić jak najlepsze wrażenie na nauczycielach, chcemy zostać dobrze zapamiętani – w końcu od zawsze rodzice powtarzali nam : „jak cię widzą, tak cię piszą”. I jest to prawda, nie od dziś wiadomo, że pierwsze wrażenie, jakie robimy, jest niezmiernie ważne. Jak więc zrobić jak najlepsze wrażenie, a nie zszokować i nie zniechęcić do siebie nauczycieli? Jest na to parę rad. Przede wszystkim, przynajmniej na początku, zrezygnujmy z wyzywającego makijażu, ciemnych kresek i świecących od cieni powiek. Takie coś nie kojarzy się dobrze, chociaż na pewno zostanie zapamiętane, ale raczej w tym negatywnym znaczeniu. Ubiór powinien być raczej skromny. Oczywiście, że każdy z nas pragnie podkreślać swoją indywidualność, ale to zostawmy na później, kiedy już damy się poznać ze swojej osobowości. Także lepiej nie podpadać chodzeniem po korytarzu w ciężkich glanach, tym bardziej, że w większości szkół wymagane jest zmienne obuwie, czyli na ogół trampki lub inne obuwie z gumową podeszwą. Szpilki na pewno jej nie posiadają, więc nie kreujmy się na damy, bo nauczyciele na pewno tego nie pochwalą. Miniówki także odpadają, można się założyć, że spotkamy się wtedy z komentarzem, że taki ubiór odpowiedni jest na dyskotekę albo randkę, a nie do szkoły. Lepsze będą klasyczne spodnie i niewyzywające bluzki. Nikt nie każe nam być szaraczkiem, wystarczy, że będziemy wyglądać gustownie i zarazem skromnie. To samo tyczy się chłopców- t-shirty z kontrowersyjnymi napisami lepiej zostawcie w domu lub ukryjcie pod bluzą, bo może przypodobacie się nimi kolegom lub koleżankom, ale na pewno nie profesorom, którzy niekoniecznie muszą być zwolennikami tego typu humoru młodzieżowego. „Co za dużo to niezdrowo” i niech to będzie naszym motto!
7 kwietnia 2009 roku polscy nastolatkowie oszaleli. Została bowiem otwarta mekka młodzieżowego lansu w stolicy Polski – kawiarnia z największej sieci na świecie – „Starbucks”. I jak zwykle daliśmy się ponieść z prądem do przodu, znów podążając za trendami amerykańskimi. Nie wiedzieć czemu, nastolatkowie uważają tę kawiarnię za coś niesamowitego, niemalże jako objawienie. Pojawiło się wiele artykułów na ten temat, przeprowadzono też mnóstwo wywiadów z młodzieżą wielbiącą to miejsce. Z jednego i drugiego jasno wynika, że chodzi się tam dla lansu, „żeby się pokazać”, a niektórzy nawet przemierzają parędziesiąt kilometrów, by móc przed zajęciami kupić w „Starbucksie” kubek kawy, a potem.. przechadzać się z nim korytarzem. Dziwne jest to tym bardziej dlatego, że w Ameryce owa kawiarnia nie jest uważana za nic szczególnego- ot tak, jest to taka sama miejscówka jak McDonald’s, a na kawę nie przychodzą tam żadne wyższe sfery, tylko normalni ludzie, którzy chcą wypić rano kawę, by nie zasypiać w pracy. U nas wygląda to zupełnie inaczej- najliczniejszą grupą społeczną, odwiedzającą to miejsce, jest młodzież gimnazjalna oraz licealna. Nastolatki stwierdzają, że w tym miejscu można spotkać fajnych chłopaków, słuchających fajnej muzyki, fajnie ubierających się i ogólnie wyglądających fajnie. W „Starbucksie” odbywają się ogromne spotkania grupy nastolatków, co odstrasza starszych, którzy nie chcą przebywać w tym miejscu z tą „dzieciarnią”. Jest mnóstwo miejsc w Warszawie, w których kawa jest dużo tańsza, ale chodzi przecież o kubek.. Najśmieszniejsze jest to, że ci starsi, którzy przyszli do kawiarni z ciekawości, wypowiedzieli się na temat serwowanej kawy niepochlebnie- jest to zwykła kawa, w dodatku rozwodniona i gorzka. Ci przejezdni zdecydowali już więcej nie odwiedzać tej „mekki młodzieży”. Otwarcie „Starbucksa” planowane jest jeszcze w innych miastach, takich jak Poznań, Gdańsk, Kraków. Ciekawe, czy i w tych miastach młodzież oszaleje na punkcie lansu o smaku drogiej kawy?
Nie wszyscy słyszeli jeszcze o tym rodzaju zdobienia swojego ciała. O ile nazwać go można zdobieniem. Dla znacznej ilości osób ten sposób na modyfikację skóry jest odrażający, obrzydliwy i nieprawdopodobnie nieestetyczny. Skaryfikacja odbywa się poprzez wypalanie, wycinanie i drapanie skóry w ten sposób, by na jej miejscu powstała jasna blizna. Oczywiście owe niszczenie swojej tkanki skórnej nie odbywa się tak po prostu, wycinane są rozmaite ozdobne wzory, które później, po procesie długiego gojenia się, stają się wypukłe i widoczne. Trudno powiedzieć, dlaczego ludzie robią taką krzywdę swojemu ciału, ale traktują to zapewne na równi z piercingiem czy tatuowaniem się. Jest to jednak wiele razy boleśniejsze niż jedno i drugie. W końcu chodzi o wycinanie sobie kawałków skóry. Ale co z tego, skoro jest to naprawdę spektakularny i szokujący sposób na wyróżnienie się. Lecz bez wątpienia dla osób o bardzo mocnych nerwach. Mimo to decydują się na ten „zabieg” zarówno kobiety jak i mężczyźni. Przeglądając rozmaite fora internetowe poświęcone skaryfikacjom, najczęstszymi komentarzami odnośnie tej tematyki są te, które mówią, że jest to „totalna głupota”, „idiotyzm”, „obrzydliwość” i „parodia”. Ludzie są oburzeni i zdegustowani, ale nie brakuje również takich, według których „skary” to prawdziwa, piękna sztuka- i to w dodatku na własnym ciele! Trzeba jednak pamiętać, że jeśli chodzi o tatuaże, można się ich pozbyć (choć jest to bardzo kosztowne), a skaryfikacje.. mimo że możemy sprawić sobie je nawet samodzielnie i nic nas nie kosztują (pomijając ogromny ból), to pozbycie się ich jest zupełnie niemożliwe- tak jak usunięcie blizn na przykład z dzieciństwa, kiedy rozcięliśmy sobie głowę uderzając się o biurko. Sympatycy skaryfikacji nie zważają na to- w końcu o to im chodzi! Mieć pamiątkę na całe życie. Skaryfikacje przywędrowały do nas z pierwotnych grup etnicznych, ale znalazły swoje miejsce także we współczesności. To kolejny dowód na to, że dla „urody” jesteśmy zdolni zrobić chyba wszystko.